Gdy swego czasu - w ramach reformy administracyjnej - tworzono w Polsce powiaty, nikt nie przewidział, że zabraknie w nich jednego z najważniejszych elementów demokracji – kontroli władzy i że prowadzić to będzie do sytuacji znacznie gorszych od tych z serialu „RANCZO”. 

 

Znajomi i krewni królika powiatowego

W powiecie, zwłaszcza małym, każdy zna każdego. Albo sam Kowalski, albo ktoś z jego rodziny lub znajomych pracuje w jakiejś instytucji powiatowej lub zależnej od kogoś z powiatu. Nawet jeśli jest jakaś opozycja wobec władzy lokalnej, która teoretycznie powinna władzę tę kontrolować, robi to bardzo powściągliwie albo nie robi tego wcale - np. ze strachu, że władza może pogrozić paluszkiem krewnym lub znajomym. W powiecie trudno o pracę, więc lepiej nie ryzykować konfliktu z lokalną władzą.

Najczęściej w powiecie nie ma lokalnych mediów, które mogłyby patrzeć władzy na ręce, a nawet jeśli, to lokalni dziennikarze też mają rodziny i znajomych, którzy muszą gdzieś pracować. Czwarta władza jest więc także skutecznie zneutralizowana, wskutek czego Polska powiatowa to jedno wielkie „sprywatyzowane” ranczo, na którym uprawiana jest praktycznie na każdym kroku swego rodzaju „polityka prorodzinna”.

Oczywiście „parorodzinna” nie oznacza obstawiania się wyłącznie członkami rodziny czy znajomymi. Funkcjonuje także swego rodzaju nepotyzm polityczny. Skoro liczba miejsc pracy na małym stosunkowo terenie jest niewielka, a lokalna władza może czuć się bezkarnie, zatrudnia się w pierwszej kolejności „szwagrów” (niekoniecznie w dosłownym znaczeniu tego słowa) związanych z grupą trzymającą władzę w danym momencie.

„Kolesie” polityczni lub towarzyscy zatrudniani w różnych instytucjach, odpowiedzialnych za administrowanie oraz rozwój gospodarczy, kulturalny czy edukacyjny danego terenu,  zazwyczaj nie są orłami intelektualnymi. Polska powiatowa skazana jest więc na niekompetencję oraz impotencję organizacyjno-administracyjną, prowadzącą do znacznie wolniejszego rozwoju niż w przypadku np. większych miast.

Gdy do tego dodamy zakorzenioną od dziesiątków lat niechęć czy wręcz wrogość do każdego, kto nie jest „swój”, czytaj nie pochodzi z danego terenu, otrzymujemy mechanizm błędnego koła. Terenem zarządzają „swoi”, lecz niekompetentni, co prowadzi do zastoju cywilizacyjnego, a ten z kolei generuje np. niski poziom nauczania, czyli „produkcję” słabo wykształconych ludzi, którzy jako „krewni lub znajomi królika” powiatowego, automatycznie wchodzą w skład lokalnej nomenklatury po ukończeniu jakichś wieczorowych szkół i w dalszym ciągu hamują rozwój danego terenu.

 

Zarżnąć kurę znoszącą złote jaja…. 

Jednym z najbardziej dotkniętych bezrobociem, ubóstwem powiatów Małopolski jest powiat dąbrowski, nazywany często „polonijnym zagłębiem” ze względu na dużą emigrację zarobkową – głównie do USA. W województwie małopolskim zajmuje dopiero przedostatnie miejsce, jeśli chodzi o średnie wynagrodzenie miesięczne. W niedawno przeprowadzonej ankiecie licealna młodzież dąbrowska, tak odpowiadała na pytania dotyczące jej przyszłości  na Powiślu:  „Dużo chęci, brak perspektyw”, „Pijemy alkohol, bo nie widzimy perspektyw na przyszłość”.